Sylwetki (z historii koła i łowiectwa)

HENRYK CHMIELECKI (1936-2011)

Odszedł nagle 7 listopada 2011 roku. Dwa dni przed Jego śmiercia umawialiśmy się na kolejny wyjazd do Warszwy, by wziąć udział w comiesięcznym zebraniu oddziału klubu.

Z Heniem znałem się prawie dwadzieścia lat. Spędziliśmy razem wiele czasu spotykając się na polowaniach, festiwalach, giełdach, targach i zebraniach klubowych.

Był człowiekiem bardzo skromnym, towarzyskim, powszechnie lubianym i szanowanym. Chyba od zawsze był wędkarzem i bardzo aktywnym działaczem Polskiego Związku Wędkarskiego.

Do PZŁ wstąpił stosunkowo późno, w wieku 62 lat, jednak łowiectwu poświęcił bez reszty ostatnie kilkanaście lat życia.

Dużą popularność, nie tylko w gronie myśliwych, przysporzyła mu aktywność społeczna, zarówno na niwie łowieckiej oraz na rzecz lokalnego środowiska.

Posiadał duże zdolności plastyczne i łatwość posługiwania się piórem. Organizował wystawy, projektował znaczki okolicznościowe i oprawy jubileuszy, prowadził kroniki kół łowieckich „Żbik” w Iłowie i  „Stobrawa” w Sochaczewie oraz kronikę Zarządu Okręgowego w Skierniewicach. Był autorem monografii KŁ „Żbik”, wydanej na jubileusz sześćdziesięciolecia koła. Przez szereg lat przewodniczył Komisji Etyki, Tradycji i Zwyczajów Łowieckich ORŁ w Skierniewicach.

Osobnym rozdziałem była współpraca Henia ze szkołami, w szczególności ze Szkołą Podstawową w Iłowie, z którą wspólnie zdobywali laury w konkursie Łowca Polskiego „Ożywić pola”.

Szeroka wiedza łowiecko-przyrodnicza wzbogacona własnymi zbiorami, wykorzystywana podczas licznych prelekcji, pogadanek, prezentacji i wystaw, sprawiła że był On doskonałym ambasadorem polskiego łowiectwa wśród młodzieży jak i w lokalnym społeczeństwie.

Henryk Chmielecki za działalność łowiecką został wyróżniony „Medalem Św. Huberta”, który sobie niezwykle cenił, brązowym i srebrnym „Medalem Zasługi Łowieckiej” oraz odznaczeniem „Za Zasługi dla Łowiectwa Okręgu Skierniewickiego”.

12 listopada, przy pięknej słonecznej pogodzie, w asyście sztandarów i przy akompaniamencie rogów myśliwskich nasz klubowy kolega Henryk, został pochowany na cmentarzu w rodzinnym Iłowie

Autor tekstu :Andrzej W. Głowacki „KULTURA ŁOWIECKA nr 63- Biuletyn Klubu Kolekcjonera i Kultury Łowieckiej- ISSN 1429-2971”Zima\Wiosna 2012

WITOLD KARAZJA

W dzieje koła wpisuje się postać Witolda Karazji, wielkiego sympatyka łowiectwa. Był on gajowym leśnictwa Rzepki, a już jako emerytowany gajowy nazywany „Dziadkiem” był niezastąpionym tropicielem dzików. Przed polowaniem, kiedy myśliwi byli jeszcze w domach i przygotowywali broń i termosy z herbatką, on często potrafił już obejść zagajniki i wytropić „czarnego zwierza”. Był bardzo przywiązany do swojego kundelka „Makusza”, który niemal zawsze towarzyszył mu na polowaniach zbiorowych . Jako podkładacz potrafił „okładać” las, nawołując co chwila „Makusz daj !!!”, „Makusz bierz!!!”. Razem tworzyli „zgrany zespół”, dla humoru „dziadkowi” często robiono psoty( kawały).

Pewnego razu na polowaniu  kol. Bronek Ligas, znalezioną rapetą domowej świni narobił na drodze tropów „dzika”. Rapetę schował i stoi przyglądając się im, widząc to „dziadek” podszedł i pyta: „Kto tu stał?”, Bronek bez namysłu odpowiedział: „Janusz Ruta!”. Zdenerwowany pan Witold krzyczy:” To ja choletra, panie się morduję, a on dziki puszcza za plecami bez strzału”. W następnym miocie historia się powtarza, pan Witold nie wytrzymuje nerwowo, zwraca się do Ruty: „I znowu pan, jak zaleję tej lachy, to się ocknie”

Często bywaliśmy u państwa Karazjów gościnnie przyjmowani. Jeszcze „ Hubertówki” nie było, spotkania odbywały się  pod chmurką lub u „Dziadków”. Pani Maria „Babcia” Karazja, robiła pyszny barszczyk i wątróbkę, nalewki przy tych posiłkach stawała się jeszcze smaczniejsza.

Po wybudowaniu „Hubertówki” oraz kapliczki pani Maria opiekowała się kapliczką, zmieniając i podlewając kwiaty, pieliła, sprzątała . Ważniejsze, bardziej uoczyste spotkania myśliwskie odbywały się z udziałem „Dziadków”. Kilkakrotnie byli oni uhonorowani dyplomami za bezinteresowną pomoc w polowaniach, sprzątaniu, bądź przugotowaniu posiłków oraz opiekę nad kapliczką.

Dziś możemy tylkom wspominać przeżyte chwile, nie ma „Dziadka” wśród nas , odszedł na zawsze, lecz pamięć po nim pozostaje. Niech św.Hubert przyjmie go do swojej kompanii.